Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
Częstotliwość orgazmu. Przygruchać na pewien czas.... Masiw i kosztuje grube pieni±dze, co?. Wzajemnym. Wrogowie Jezusa oburzali się na rozgłos, jakiego nabrała ta. I zagarnął przez ten czas, skromnie licząc, dwadzieścia milionów. Cichy pamiętał popisy na lekcjach matematyki kiedy Robert potrafił bez kalkulatora mnożyć i dzielić czterocyfrowe liczby. - Pomyślałem sobie - kontynuował Robert - że mogę obrócić tą forsą. Za miesiąc mogę mieć 100% zysku. A potem, moglibyśmy kupić TIRa z Royalem, cztery kursy miesięcznie, razy 40 tysięcy, to jest 160 tysięcy marek. Cichy. Za pół roku na czysto mamy, po odliczeniu celników i Czarnego... A właściwie po co nam Czarny? Ty załatwiasz odbiorców, ja prowadzę księgowość... - Robert zapalił się. Cichy patrzył na niego jakby go pierwszy raz w życiu widział. Robert dostał na twarzy wypieków. W oczach płonęła namiętność, która mogła by wyzwolić niewyobrażalną energię. - Robert. Ty się do tego nie nadajesz - ostudził go. Robert nie rozumiał. Przecież nie mógł się mylić. Cały rachunek się zgadzał. Jeśli ktoś w tym mieście robił prawdziwy interes to na pewno na alkoholu i papierosach. - Każdy się nadaje - upierał się Robert. Cichy uważnie spojrzał Robertowi w oczy. Nie sądził, że tak łatwo się zarazi. - Ty nie - stanowczo zawyrokował - to jest twój pierwszy i ostatni numer. Za tydzień masz swoją forsę, bierzesz ją i znikasz. - Cichy. Tworzymy zgrany duet, czy nie? - oponował Robert. Cichy nic nie odpowiedział. Przecząco pokiwał głową. Odwrócił się tyłem do baru. Obaj zamilkli. Na małym parkiecie tańczyło kilka dziewczyn. Między nimi szalał Biedrona. Do połowy rozebrany, wymachiwał koszulą ponad głowami. Tuż obok Cichy zauważył znajomą twarz. - Zobacz, to ta laska z kawiarni - powiedział zaciekawiony. Robert niechętnie spojrzał na parkiet. Między tańczącymi odnalazł kelnerkę z kawiarni "Brama". Cichy przedarł się przez tłum, zdjął marynarkę i rzucił ją na krzesło. Któryś z małolatów skwapliwie pochwycił ją i zawiesił na jego poręczy. Podszedł do tańczących i stanął obok kelnerki. Była piekielnie zgrabna i teraz na parkiecie starała się to zademonstrować. Tańczyła inaczej niż wszyscy dookoła. Jej ruchy powolne niepasowały do muzyki. Zamknięta w sobie, nieobecna, zatopiona w transie zdawała się nikogo nie dostrzegać. Muzyka też nie była jej potrzebna. Cichy obszedł ją dookoła. Nie podniosła na niego wzroku. Zaczął więc tańczyć przed nią. Jego ruchy z początku zbyt chaotyczne, zaczęły naśladować jej taniec. Zaczęli oboje rozmowę za pomocą gestów rąk i współ-brzmiejącego rytmu ciał. Zobaczyła go. Z początku nie mogła rozpoznać, ale po chwili uśmiechnęła się do swoich myśli. Dotknął jej ręki, ale cofnęła ją. Pół kroku zrobił w jej stronę. Pomiędzy nimi pozostała niewielka przestrzeń. Ich piersi prawie się stykały w tańcu. Podniosła głowę i ponownie się uśmiechnęła. Robert patrzył na nich nie mogąc oderwać wzroku. Oboje należeli do tego samego świata, ale ich świat nie pasował do otoczenia. Był pewien, że tych dwoje powinno było się spotkać w swoim życiu. Pomyślał o Cleo. Może to przypadek, a może przeznaczenie. Umówili się, że za tydzień jadą razem w góry. Robert potrzebował jeszcze kilku dni, żeby wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością. Dopił drinka. Cichy podszedł do niego prowadząc za sobą kelnerkę. - Jedziemy do "Imperium", jedziesz z nami? - zapytał. - Iwona - przedstawiła się dziewczyna.. - Często, ojcze. Nieraz modliłem się do Niego, by mi powiedział, co mam uczynić, lub pozwolił umrzeć razem z matką. Żadnej jednak nie otrzymałem odpowiedzi.. . Hartowny żołnierz jął przeradzać się w beksę gotowego załzawić.